Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2011

29. "Fiolet" Magdalena Kozak


Autor: Magdalena Kozak
Tytuł: Fiolet
Wydawnictwo: Runa
Liczba stron: 528
Ocena: 5/6


Czasy współczesne, godzina siódma rano, Warszawa, centrum miasta. Ludzie spieszą do pracy, samochody stoją w korkach, panuje chaos. Szara codzienność, obrazek, który można ujrzeć niemal codziennie. Na Placu Defilad wyrasta kwiat – fiołek. Jednak nie jest to zwykła roślina – w ciągu kilkunastu minut zabija wszystkie oddychające istoty, które znalazły się w pobliżu. Niewidzialny morderca - cyjanowodór unosi się w powietrzu, a kwiat wciąż rośnie, by wkrótce przesłonić Pałac Kultury. Fiołek zapuszcza swe korzenie w niemal wszystkich krajach świata. Skąd pochodzi? Czy to początek inwazji? Jak go powstrzymać?

Do książki podchodziłam sceptycznie, nie mam bowiem doświadczenia z polskimi autorami fantasy. Jednak już pierwsze kilkanaście stron okazało się ogromnym zaskoczeniem. I nie chodzi tu tylko o twór, z którym musi zmierzyć się ludzkość, ani o to, że akcja rozgrywa się w Polsce. Nie zdradzę szczegółów, powiem tylko, że było to coś, czym Magdalena Kozak zaskarbiła sobie moje zaufanie i sprawiła, że czytałam z wypiekami na twarzy. Szkoda tylko, że napięcie nie utrzymywało się przez cały czas, tylko to podnosiło się to opadało, by trzymać się przeważnie tej niższej granicy.

Ogromną zaletą książki jest umiejscowienie jej akcji w Warszawie. Opis skażonej strefy, która powstała w centrum miasta jest plastyczny i wyrazisty. Znajomość topografii stolicy sprawia, że Czytelnik może zobaczyć oczyma wyobraźni, jak wygląda to miejsce z perspektywy autorki. Zgliszcza, wraki samochodów, stosy napuchniętych trupów i olbrzymi Fiołek to dość sugestywne obrazy. Dodajmy do tego Drwali, Stróżów i Hieny – wszystkich w kombinezonach i mamy niemalże Zonę Czarnobylską.

Jednak głównymi bohaterami książki pozostają Osy – załoga spadochroniarska, której celem jest udaremnienie rozprzestrzeniania się nasion tajemniczej rośliny. Na pierwszy plan wysuwa się Milka – pierwsza kobieta w elitarnym oddziale, zakochana w jego przywódcy – charyzmatycznym Drakkarze. Mimo, że skoczkowie są bez wątpienia herosami, próżno szukać u nich cech charakterystycznych dla tej grupy. To zwykli ludzie, kochający powietrze, niezwykle odważni, lecz mający swoje słabości. Zamiłowanie do tak niebezpiecznego sportu nauczyło ich, że każdemu skokowi towarzyszy ryzyko, dlatego śmierć kolegi starają się przyjmować spokojnie. Nie oznacza to oczywiście, że są bezduszni. Autorka umiejętnie ukazała nam ich psychikę, kreując bohaterów wyrazistych, z krwi i kości.

W Fiolecie dużo jest zwrotów akcji, tajemnic i niedopowiedzeń. Czytelnik nie dostaje gotowych rozwiązań na talerzu, akcja rozwija się powoli, a interesujące nas informacje pojawiają się stopniowo. Poza wspomnianymi Osami, poznajemy przedstawicieli Stróżów, którzy pilnują porządku w strefie nachodzonej przez żądnych łatwego zarobku szabrowników. Dwóch z nich stanie się bardzo istotnymi postaciami. Dowiadujemy się również w jaki sposób Drwale starają się unieszkodliwić Fiołka. Na horyzoncie pojawi się międzynarodowa mafia i organizowany w największej tajemnicy, nielegalny Wyścig. Będziemy mieli również okazję przekonać się, jak na inwazję zareaguje polski rząd. To sporo wątków, jednak są one poprzeplatane w sposób przemyślany i tworzą zgrabną całość, uzupełniając się nawzajem.

Fiolet Magdaleny Kozak jest pozycją dobrą, być może nawet bardzo dobrą, lecz odnoszę wrażenie, że czegoś tu zabrakło. Trudno jest się przyczepić do fabuły, czy bohaterów. Język, którym operuje autorka jest prosty i nawet wulgaryzmy, czy spadochroniarski żargon nie przeszkadzają w lekturze, tylko dodają jej smaku. Nie jest to ani standardowa fantastyka, ani science fiction. Jednakże wielbiciele dobrej akcji, którzy lubią być zaskakiwani z pewnością znajdą tu coś dla siebie.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater i wydawnictwu Runa.

28. "Krzyż Południa. Rozdroża" Jakub Ćwiek


Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: Krzyż Południa. Rozdroża
Wydawnictwo: Runa
Liczba stron: 336
Ocena: 4/6


Twórczość Jakuba Ćwieka poznałam przy okazji jego sławnego Kłamcy i od razu przypadła mi do gustu. Z tego powodu, z radosnym oczekiwaniem, pełna napięcia sięgnęłam po Krzyż Południa. Rozdroża. Już sam główny bohater zapowiadał wciągającą i pełną zwrotów akcji powieść. Niestety, jak to często bywa w przypadku legendy – nijak się ona miała do rzeczywistości.

Cała rzecz dzieje się na terenach Ameryki, w okresie wojny secesyjnej. Jednakże, nie próbujmy czerpać stąd wiedzy potrzebnej na lekcję historii. Jak sam autor mówi, w jego książce elementy historyczne więcej mają wspólnego z fikcją niż z faktami. Jak to w przypadku konfliktu zbrojnego bywa, czeka na nas dużo strzelania, wybuchów, krwi i fruwających fragmentów ciał, a to wszystko opisane w sposób barwny i dynamiczny.

Najmocniejszym punktem pozycji jest główny bohater – Jeremiah Cross, konfederacki kapitan, legendarny Krzyż Południa. Poznajemy go z mocno ubarwionych żołnierskich historyjek, przekazywanych przy ognisku. Dla towarzyszy z południa jest on bohaterem i ostatnią deską ratunku, a niebieskie kurtki boją się go jak diabła. Z jednej strony Czytelnikowi jawi się on jako tajemniczy, niezwykle silny i prawdopodobnie obdarzony nadludzką mocą człowiek-widmo, jednak gdy poznajemy go bliżej… Jeremiah Cross jest mężczyzną z krwi i kości, diabelnie inteligentnym i przebiegłym, ale wciąż śmiertelnikiem. Zderzenie rzeczywistości z legendą zostało tutaj bardzo ciekawie i plastycznie ukazane, co jest ogromną zaletą książki.

Kolejnym bardzo istotnym i interesującym wątkiem, który został tu wpleciony jest pojawienie się Barona Samediego. W religii voodoo jest to przywódca wszystkich duchów, mistrz magii i pan podziemi. U Ćwieka przedstawia się jako bóg i obiecuje swym wyznawcom wolność i potęgę. Spodobało mi się, że autor nie skupił się tylko na wojnie Północy z Południem i zwrócił uwagę na jakże istotną kwestię murzyńską. Ciemnoskórzy są tu zniewolonymi ludźmi, którzy starają się kultywować swoje tradycje, choć widzimy, że powoli przestawiają się na modłę amerykańską. Samedi jest jakby głosem ich sumienia, nawołującym do walki o wolność i powrót do starej religii. Ta postać z pewnością wiele namiesza.

Tym, co najbardziej irytowało mnie podczas lektury był natłok nazwisk, postaci i miejsc. Ciężko było połapać się o kogo chodzi, kto walczy za Południem, a kto za Północą. Bohaterowie przychodzili i odchodzili, panował totalny chaos. Dla osób, które podobnie jak ja, niewiele wiedzą na temat wojny secesyjnej, może być trudno przez to przebrnąć. Często gubiłam się, nie wiedziałam już kto jest kim i dlaczego. To w znacznym stopniu utrudnia zrozumienie treści i czerpanie radości z czytania. Kolejna wada to brak zwrotów akcji i zaskakujących momentów. Opisy bitew są treściwe i dynamiczne, jednak podczas lektury nie czujemy żadnego dreszczyku emocji. Trudno jest sympatyzować z bohaterami, których ledwo znamy, a którzy pojawiają się na chwilę, by umrzeć lub zostać porzuconymi. Można to zrzucić na karb niechlujności autora, jednak znając jego twórczość skłaniałabym się raczej ku celowemu zabiegowi. Być może wygląda to w ten sposób, by zwrócić naszą uwagę, na coś lub kogoś innego?

Krzyż południa. Rozdroża jest pierwszą częścią większego cyklu. Mimo, że wzbudziła we mnie mieszane uczucia, nie mam zamiaru jej porzucić, wręcz przeciwnie, czekam z niecierpliwością na kolejny tom. Muszę dowiedzieć się, jak potoczą się losy Crossa, jaki jest prawdziwy powód wizyty Samediego i jak rozwinie się kwestia białych kapturów. Oczekuję trzymającej w napięciu akcji i czytania z zapartym tchem. Jeżeli takie wrażenie wywarła na mnie ta książka, to z czystym sumieniem polecam jej lekturę.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater i wydawnictwu Runa.

niedziela, 20 listopada 2011

26. "Czarny Pryzmat" Brent Weeks


Autor: Brent Weeks
Tytuł: Czarny Pryzmat
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 752
Ocena: 6/6

Brent Weeks zasłynął dzięki trylogii Nocny Anioł, której to pierwszą część Droga cienia miałam w swoich rękach, jednak po niespełna pięćdziesięciu stronach odłożyłam ją z niesmakiem i frustracją. Nie dziwi więc fakt, iż do pierwszego tomu nowego cyklu noszącego tytuł Powiernik światła podchodziłam raczej sceptycznie. Jednakże Czarny Pryzmat porwał mnie już od samego początku i nie pozwolił się ze sobą rozstać, aż do końca. Cieszę się, że mimo początkowego zniechęcenia do autora sięgnęłam po tę książkę. Dzięki temu oswoiłam się z jego stylem i wiem, że do Drogi cienia z pewnością wrócę.

Na ogromną pochwałę zasługuje innowacja, jaką Weeks wprowadził do świata magii, bowiem w krainie Siedmiu Satrapii czarujemy kolorami i światłem. Osoby obdarzone mocą krzesania mogą używać jednej (monochromaci), dwóch (dichromaci) lub trzech i więcej (polichromaci) barw. Co więcej o charakterze, czy naturze krzesiciela świadczy kolor, którym włada. I tak niebiescy są spokojnymi strategami, a czerwoni porywczymi wojownikami. Jako że w krzesaniu ogromną rolę odgrywa światło, w nocy czy ciemnych pomieszczeniach staje się to niemal niemożliwe.

To, co u Weeksa najbardziej mnie denerwowało i skutecznie odstraszyło od jego poprzedniej książki to opisy i mam tu na myśli zarówno te dotyczące świata przedstawionego i magii, jak i osób, czy miejsc. Podczas lektury często odnosiłam wrażenie, że w danym momencie brakuje szerszego komentarza lub wyjaśnienia pewnych kwestii, czy mechanizmów. W końcu pojawia się tu coś zupełnie nowego – krzesanie, a autor nie zamierza tłumaczyć nam wszystkiego od pierwszych stron, czy nawet momentu pojawienia się pierwszego krzesiciela. Dopiero po jakimś czasie, gdy mętlik w głowie osiąga szczytu, a Czytelnik tworzy własne teorie, otrzymujemy oświecenie. Co ciekawe, mimo że stan ten może irytować, jakoś nie potrafię mieć tego za złe. Żeby naprawdę dobrze zrozumieć, o co chodzi u Weeksa, potrzeba totalnego skupienia i zwracania uwagi nawet na najmniejszy szczegół. W przeciwnym wypadku Czytelnik zrazi się i zniechęcony odłoży książkę na półkę, a byłaby to wielka szkoda.

Zazwyczaj główny bohater, czy to mężczyzna, czy kobieta, to postać charyzmatyczna, przystojna, silna i pewna siebie. W Czarnym Pryzmacie taką rolę odgrywa Kip, a raczej powinien. W sumie żaden z niego bohater, ot mały, niezdarny grubasek, którego poza tuszą wyróżnia cięta riposta i niewyparzony język. Niczego niespodziewający się chłopiec, w dość dramatycznej sytuacji dowiaduje się, że jest kimś wyjątkowym, a to dopiero początek niespodzianek. Z drugiej strony mamy postać prawdziwego herosa – sam Wielki Pryzmat, Gavin Guile. Co łączy tych dwóch i z czym przyjdzie im się zmierzyć? To dość ciekawa i pokręcona historia, której warto jest się przyjrzeć bliżej.

Lekturę Czarnego Pryzmatu zaczynałam z mieszanymi uczuciami. Momentami było dość ciężko nadążyć za falą nowych informacji, ale udało się. Nieporadność Kipa i jego nieumiejętność zachowania się w pewnych sytuacjach czasami drażniła i irytowała. Jednak podsumowując wszystkie plusy i minusy muszę przyznać, że było warto. Książka dostarczyła mi bardzo wielu miłych chwil. Było strasznie, tragicznie, zabawnie, a momentami nawet wzruszająco. Niejednokrotnie otwierałam szerzej oczy ze zdziwienia i czytałam jakiś fragment ponownie, by upewnić się, że dobrze zrozumiałam. Lektura spodoba się osobom, które w fantastyce wciąż poszukują czegoś nowego. Ja z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

niedziela, 25 września 2011

16. "Mojra. Noc wilczycy" Henri Loevenbruck


Autor: Henri Loevenbruck
Tytuł: Mojra. Noc wilczycy
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 327
Ocena: 2/6


Jedynym powodem sięgnięcia po trzeci ą część sagi Mojra - Noc wilczycy, była ciekawość, jak to wszystko się zakończy. Jako, że poprzednie tomy nie wywarły na mnie żadnego pozytywnego wrażenia, miałam nadzieję na rehabilitację autora w tym ostatnim. To właśnie tutaj kończy się podróż Alei i jej przyjaciół, ważą się losy całej Gaelii, dostajemy odpowiedzi na kluczowe pytania. Jednak, czy Henri Loevenbruck spisał się i sprawił, że jego powieść zostanie na długo zapamiętana?

Tym, co sprawiło, że udało mi się dobrnąć do końca książki był inny niż w poprzednich częściach, tłumacz. We wcześniejszych tomach, aż się roiło od literówek, powtórzeń, błędów stylistycznych i składniowych. Tutaj, na szczęście nie było tak źle, dzięki czemu czytało się całkiem znośnie, chociaż, gdyby się uprzeć, znalazłby się nie jeden. Jednakże, nie jest to winą autora, więc nie należy ujmować całości jedynie ze względu na, miejscami wołającą o pomstę do nieba, korektę.

W Nocy wilczycy dużo się dzieje. Jak można się było spodziewać, nadciągnęła wielka wojna – każdy walczy z każdym i żaden z władców nie stoi po stronie głównej bohaterki. Intrygi panujące w hrabstwach sięgają zenitu, są dramatyczne i zaskakujące. Chociaż, mimo że pojawiły się tu zwroty akcji, fabuła wciąż pozostała przewidywalną. Teraz można śmiało zrzucić to na karb skromnych umiejętności autora. W końcu, jeżeli przez trzy tomy nie potrafił naprawdę nas zaskoczyć świadczy to jedynie o tym, że musi jeszcze sporo popracować nad swym warsztatem pisarskim.

Alea pozostała bohaterką niezwykle irytującą i denerwującą. Przez wszystkie części powieści nie potrafiłam odnaleźć żadnej sytuacji, która by sprawiła, że zapałam do niej choć odrobiną sympatii, czy zrozumienia. Nazbyt pewna siebie, niekonsekwentna, a przy tym infantylna bardziej, niż niektóre dzieci w jej wieku. Autor z pewnością chciał ukazać coś wręcz odwrotnego. Ku memu ogromnemu zdziwieniu to trzynastoletnie dziecko oddało się czynnościom seksualnym ze swym ukochanym. Już samo to sprawiło, że przekreśliłam Loevenbrucka i zadecydowałam, że nigdy z własnej woli nie sięgnę po dzieła jego pióra. Natomiast skutki tego czynu i zakończenie przelały czarę. Rozumiem, że szybko się teraz dorasta, a Czytelnicy seksem i krwią nie pogardzą, lecz to przesada budząca niesmak, a nawet obrzydzenie. Czyżby autor promował niedozwolone treści?

Przykro jest mi pisać tak niepochlebną opinię o tej książce, zdaję sobie sprawę, że każdy ma inny gust i ta recenzja może odstraszyć potencjalnych Czytelników. Jednakże, trudno jest wypowiedzieć się pozytywnie o pozycji, która nie bawi, nie straszy i nawet nie intryguje. Tutaj śmierć głównych bohaterów nie sprawia, że jest nam smutno, zwycięstwa dobrej strony, nie cieszą, obok wszystkich tych zdarzeń przechodzimy obojętnie. Brak tu plastyki w opisach i emocji, za dużo natomiast udziwnień oraz zbędnych szczegółów. Loevenbruck bardzo rozlegle rozpisuje się o poczynaniach, znanej z poprzednich tomów białej wilczycy i jej nowej watahy. Gdybym chciała dowiedzieć się czegoś o życiu wilków, z pewnością sięgnęłabym po inną pozycję. A krasnolud, który boi się jaskiń i podziemi? Druidzi, którzy zamiast obcować z naturą i siedzieć w lasach, władają jakąś tajemniczą mocą i pchają się na tron? Za dużo tego wszystkiego.

Po przeczytaniu tej książki dochodzę do wniosku, że gdyby autor opowiedział tę historię komuś doświadczonemu, kto potrafi pisać, powstałaby naprawdę świetna, pasjonująca lektura. Historia Alei ma ogromny potencjał. Gdyby obrać ją z niepotrzebnych ozdobników i poprowadzić w ciekawszy sposób, ocena nie byłaby taka niska. Niestety zawiodłam się i wynudziłam. Teraz jestem pewna, że od Loevenbrucka będę trzymała się z daleka. Noc wilczycy i cały cykl Mojra mogę polecić jedynie osobom, które czytają niedbale, skupiając się na fabule i nie zwracając uwagi na inne elementy.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater i wydawnictwu Otwarte

piątek, 23 września 2011

15. "Mojra. Wojna wilków" Henri Loevenbruck


Autor: Henri Loevenbruck
Tytuł: Mojra. Wojna wilków
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 336
Ocena: 2/6



Trudno dzisiaj o książkę fantasy, która najpierw nie pozwoliłaby nam się od niej oderwać, a następnie, przez długi czas zapomnieć. Potrzeba oryginalnego pomysłu, wiarygodnych bohaterów, zgrabnie poprowadzonej i ciekawej fabuły. Ważne jest, by autor nas zaskoczył – w końcu na rynku pełno jest pozycji o elfach, magach i krasnoludach. Henri Loevenbruck postawił na druidów, co jest ogromną zaletą jego cyklu Mojry – opowieści o tej nacji dawno już nie było. Jednakże, czy wybór ten okazał się słuszny i wprowadzi powiew świeżości do tego gatunku?

Wojna wilków to drugi tom sagi Mojry, której główna bohaterka - nastoletnia Alea, właściwie z dnia na dzień zostaje osobą odpowiedzialną za losy znanego jej świata – Gaelii. A wszystko zaczęło się, gdy przez przypadek znalazła pierścień druida. To właśnie dzięki niemu zyskała ogromną moc i stała się Samildanachem. W tej części dziewczynka będzie musiała znaleźć odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań i stanąć w obliczu szykującej się wojny. Nauczy się także coraz lepiej kontrolować swą nową siłę i korzystać z jej dobrodziejstw. Jednak, czy potęga, która w niej drzemie, a która może zmienić panujący do tej pory porządek, warta jest szczęścia i nawet życia jej najbliższych?

Książka zaintrygowała mnie, gdy dowiedziałam się, że pojawią się w niej druidzi, o których do tej pory, nie miałam przyjemności poczytać. Jednak sposób, w jaki przedstawił ich autor był daleki od moich wyobrażeń. Spodziewałam się innowacji, czegoś co zaciekawi, przyciągnie uwagę, a odniosłam wrażenie, że gdzieś już o tym było… A tak, gildie magów, znane nam z wielu pozycji nie różnią się właściwie niczym, poza nazwą. Sądziłam, że druidzi obcują z naturą, słuchają jej, a nie zajmują się polityką i knowaniami. Ich nacja jest tu przedstawiona w sposób daleki od przyjętego, co nie znaczy, że lepszy. Wręcz przeciwnie – u Loevenbrucka nie są do końca dobrzy, ani źli, raczej nie da się z nimi sympatyzować, ponieważ są po prostu  nijacy. Szkoda, że autor nie określił ich dokładniej, albo chociaż przedstawił tych najważniejszych bardziej szczegółowo.

Najbardziej irytująca w tej książce była główna bohaterka. Alea jest trzynastoletnią sierotą, która przez przypadek zyskuje ogromną moc i staje się postacią wręcz legendarną. Patrzymy jak dojrzewa, wypełniając swą misję, jak targają nią rozmaite rozterki. Z podobnymi postaciami mieliśmy do czynienia już nie raz, ale w tym przypadku coś poszło nie tak. Z biednej dziewczynki staje się bohaterką, w bardzo krótkim czasie sama uczy się jak panować nad swą mocą, zabija bez mrugnięcia okiem, rządzi swymi przyjaciółmi, w końcu wymyśla swój własny sztandar, pod którym zbiera się armia, gotowa oddać za nią życie. A to przecież tylko dziecko! Za dużo tego na raz. Wiadomo, główny bohater musi mieć charyzmę i wyróżniać się, ale czy Alea nie jest zbyt idealna? Poza tym jej opieszałość i pewność siebie nie sprawiają, że bardziej ją lubimy – wręcz przeciwnie. Autor nie poświęca wiele miejsca jej towarzyszom i wrogom, więc niewiele o nich wiemy, są płascy i nie przekonują.

Kolejną rzeczą jest dynamika, której w tej książce niestety brak. Mamy liczne opisy walk, a nasi bohaterowie muszą zmierzyć się z wieloma niebezpieczeństwami. Sugeruje to, że czeka nas wartka akcja, pasjonujące sceny batalistyczne i niespodziewane zwroty. Niestety, mimo że krew się leje, nie wzbudza to w nas większych emocji, a raczej nudzi. Zabrakło środków wyrazu, które sprawiłyby, że Czytelnik mógłby poczuć, że znajduje się na środku pola bitwy.

Komu mogę polecić tę pozycję? Chyba tylko osobom, które chcą poczytać cokolwiek do poduszki, nad czym nie trzeba się specjalnie skupiać. Pomysł na powieść nie był zły, niestety nijak się to ma do wykonania. Prawdziwym fanom fantastyki, którzy pragną czegoś porywającego z ciekawymi bohaterami i wielowątkowością nie polecam brać się za tą książkę, szkoda nerwów. Jednak, mimo wszystko mam nadzieję, że trzeci tom obroni całość, a Wojna wilków okaże się tylko chwilową niedyspozycją autora.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater i wydawnictwu Otwarte

środa, 21 września 2011

13. "Cyrk odmieńców" Darren Shan


Autor: Darren Shan
Tytuł: Cyrk odmieńców
Wydawnictwo: Wilga
Liczba stron: 208
Ocena: 5/6


Darren Shan, a właściwie Darren O’Shaughnessy zadebiutował w 1999 roku powieścią dla dorosłych, po czym rozpoczął pisanie literatury młodzieżowej. Rok później światło dzienne ujrzał pierwszy z dwunastu tomów Sagi Darrena Shana, pod tytułem Cyrk odmieńców. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę i seria bardzo szybko stała się światowym bestsellerem wśród książek dla młodych Czytelników.

Historia opowiada o losach zwykłego nastolatka – Darrena Shana, który w wyniku swej nadmiernej ciekawości i wielu zbiegów okoliczności, wplątuje się w niesamowitą przygodę. Do miasta, w którym mieszka przyjeżdża tajemniczy cyrk odmieńców, a chłopiec, który jest miłośnikiem horroru i wszystkiego, co straszne postanawia się tam wybrać. Towarzyszy mu przyjaciel – Steve. Wkrótce okaże się, że emocjonujący wypad stanie się preludium nieoczekiwanych zmian.

Narratorem powieści jest główny bohater – Darren. Często zwraca się do Czytelnika, by wyjaśnić powody swojego zachowania i odpowiedzieć na pytania, które mogą nasunąć się podczas czytania. Dzięki temu łatwiej jest go zrozumieć i wczuć się w jego sytuację. Jako, że to zwykły, dorastający chłopiec, młodszemu odbiorcy bez trudu przyjdzie utożsamienie się z nim. Tu należałoby pochwalić autora, ponieważ bohater jest dobrym i szlachetnym człowiekiem, dzięki czemu przekazuje Czytelnikom wiele cennych wartości.

Książkę czyta się szybko i lekko. Jest pełna humoru, ale nie brak tu sytuacji poważnych. To powieść z dreszczykiem o dorastaniu, przyjaźni i trudnych wyborach. Poza otoczką fantastyczną, mamy tu okoliczności, w których może znaleźć się każdy, a działania i dylematy Darrena, równie dobrze mogłyby być naszymi. Autor przestrzega nas przed kłamstwem i pochopnością, pokazuje do czego mogą doprowadzić nieprzemyślane, egoistyczne decyzje i udowadnia, że każdy uczynek niesie za sobą konsekwencje.

W Cyrku odmieńców spotkamy wiele fantastycznych postaci, czasem strasznych, innym razem śmiesznych. Będzie nieobliczalny człowiek-wilk, tajemniczy chłopiec-wąż, mężczyzna z gumy i wampir, który odegra tu znaczącą rolę. Poznamy również Madame Oktę, jedyną w swoim rodzaju tarantulę, potrafiącą wykonywać nawet najtrudniejsze sztuczki.  Autor udowodni nam, że przerażający krwiopijcy, mimo że diabelnie przebiegli i pamiętliwi, niekoniecznie muszą być źli. Bardzo podobał mi się nowy rytuał przemiany w wampira. Lubię literaturę traktującą o tych stworzeniach, lecz do tej pory nie spotkałam się z podobnym i muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona. Ciekawe, co jeszcze wymyśli twórca sagi.

Jako, że Cyrk odmieńców to pozycja dedykowana głównie młodzieży, musimy liczyć się z pewną dozą naiwności i przewidywalności. Jednak nie przeszkadza to jeśli odniesiemy do całości, fabuły, bohaterów i wartości, które propaguje. Jest to lektura, którą śmiało można polecić również starszym Czytelnikom, pragnącym czegoś lekkiego, co poruszy ich wyobraźnię i pozwoli choć na jedno popołudnie oderwać się od rzeczywistości. Mimo, że pierwsza część Sagi Darrena Shana nie wbiła mnie w fotel i nie wywarła na mnie piorunującego wrażenia, z pewnością sięgnę po kolejne tomy. Choćby dlatego, że zaciekawiła mnie ta historia i z chęcią dowiem się jak potoczyły się dalsze losy bohatera. Kolejny powód to przyjemność z jaką czyta się tą książkę – można zapomnieć o wszystkim i po prostu lekko, przyjemnie płynąć z prądem fabuły. Polecam tą pozycję wszystkim, którzy dość mają powagi i problemów dnia codziennego -  z pewnością przeżyją niesamowitą przygodę.

***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater i wydawnictwu Wilga

piątek, 26 sierpnia 2011

6. "Metro 2033" Dmitry Glukhovsky



Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Metro 2033
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 591
Ocena: 6/6



Fantastyka post apokaliptyczna to z całą pewnością jeden z moich ulubionych gatunków literackich. I jeden z tych, które najbardziej pobudzają wyobraźnię. Bo przecież istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nasz świat po katastrofie będzie wyglądał właśnie w taki sposób. Ogromne pustkowia, jałowe ziemie, niegdyś potężne i prężnie się rozwijające państwa zamienione w ruinę, nowe gatunki powstałe w wyniku ewolucji, bądź promieniowania i gdzieś tam między nimi ostatnie bastiony ludzkości. No właśnie, ludzie. Jaką mamy gwarancję, że po apokalipsie ocaleje chociaż garstka?

Jest rok 2033, znajdujemy się w rosyjskim metrze. Nie, nie wsiądziemy w pociąg, by przejechać kilka stacji; nie spotkamy tu również tłumów, które spieszą do pracy, domu, czy też w jakiekolwiek inne miejsce. Jesteśmy sami. Nieprzenikniona ciemność, gęsta tak, że można by ją kroić, otacza nas ze wszystkich stron. Ciszę przerywa jedynie nasz niespokojny, urywany oddech. Ogarnia nas paraliżujący strach, nie możemy się ruszyć. Coraz trudniej jest oddychać, gardło mamy tak zaschnięte, że przełknięta ślina wydaje się być żyletką. Trzeba jak najszybciej wyjść na powierzchnię, złapać haust powietrza, łyk wody, zobaczyć promień słońca. Desperacka potrzeba pcha nas do przodu, biegniemy. W oddali pojawia się małe światełko. Czy to wyjście? Ostatkiem sił przyspieszamy, upadamy, podnosimy się, jeszcze tylko kilka metrów, jasność jest coraz bliżej… Znajdujemy się na stacji. Oświetla ją czerwonawy blask lamp awaryjnych, znajduje się tu kilka namiotów, płonie ognisko, w pobliżu przechadzają się ludzie. WOGN – wysunięta najdalej na północ, zamieszkana stacja moskiewskiego metra. To tutaj żyje i rozpocznie swą podróż główny bohater powieści – Artem. 

Narastająca niepewność i mrok to nieodłączne elementy dzieła rosyjskiego pisarza Dimitryja Glukhovskiego, Metro 2033. Świat w nim przedstawiony nie jest już taki, jakim go znamy – wszystko zostało zniszczone w wyniku wojen nuklearnych. Na powierzchni żyć się nie da – panuje tam zbyt duże promieniowanie, a i nowi mieszkańcy ziemi nie są zbyt dobrze do naszego gatunku nastawieni. Ci, którzy mieli szczęście zdążyli skryć się w tunelach metra, teraz tutaj próbują stworzyć namiastkę starego świata. Mimo, i tak już niełatwej egzystencji na dole, pojawia się kolejne widmo zagłady. Stację WOGN atakują potrafiące wpływać na ludzką psychikę, tajemnicze humanoidalne mutanty, zwane przez mieszkańców „czarnymi”. Młody chłopak o imieniu Artem otrzymuje zadanie dotarcia do Polis – serca moskiewskiego metra, by zawiadomić o nowym zagrożeniu. Wyrusza w samotną wędrówkę po ciemnych tunelach, nie zdając sobie sprawy ile niebezpieczeństw może kryć się w ich mroku.

Narrator rozważnie, stopniowo i bez pośpiechu rozwija akcję. Z każdym krokiem, z każdą mijaną stacją dowiadujemy się czegoś więcej. Nie ma tu wielu zwrotów, ale autor stosuje inne, często wręcz absurdalne zabiegi, by poruszyć Czytelnika. Po drodze spotkamy faszystów, świadków Jehowy, rewolucjonistów, satanistów, a nawet wierzących w pogańskiego boga – kanibali. Niesamowite jest jak Glukhovskiemu udało się, poprzez zderzenie tych wszystkich ideologii i religii z rzeczywistością panującą w metrze, obedrzeć je z całego patosu i powagi. Zadziwiające jest, że ludzie, mimo apokalipsy, którą jakimś cudem przeżyli, wywołując konflikty na tle politycznym, ideologicznym, religijnym, czy rasowym, wciąż dążą do samozagłady.

Świetnie wykreowana jest postać głównego bohatera. Poznajemy go jako trochę tchórzliwego, lecz zarazem żądnego przygód młodzieńca, który wyrusza w niebezpieczną podróż, by wypełnić zadanie powierzone mu przez stalkera. Podczas jego samotnej wędrówki możemy zauważyć, że nie jest to kolejny odważny heros, siekący wrogów i nieustannie prący przed siebie. Artem to zwyczajny młody człowiek – bojący się ciemności, nieznanego, wpadający w panikę, podejmujący złe decyzje. I to mnie w nim zjednało – nie jest ideałem.

Metro 2033 to nie tylko mrożąca krew w żyłach powieść  o mutantach i niebezpieczeństwach czyhających na chwilę nieuwagi, by nagle wyskoczyć z cienia i porwać niczego niespodziewającego się Czytelnika. Mimo ciągłego napięcia warto jest zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad tym, co pokazuje nam autor. Mamy koniec świata i ludzi, którzy schronili się pod ziemią, byle tylko trochę przedłużyć swoje istnienie. Tworzą mikropaństwa, zawierają umowy gospodarcze, zakładają związki i partie, prowadzą wojny. Starają się wieźć życie takie, jakim było na powierzchni. Jedząc szczurze truchła i popijając je herbatką z grzybów wciąż kurczowo trzymają się nadziei, że jeszcze kiedyś zobaczą słońce i uda im się odbudować nowy świat na ziemi. Tylko, że coraz częściej uświadamiają sobie, że ten świat nie należy już do nich.

Lektura Metra 2033 dostarcza niesamowitych wrażeń. Jest fantastycznie wykreowany świat, nietuzinkowe, barwne postaci, wymagające głębszej refleksji pytania i mroczny, pełen napięcia klimat. Odradzam ją, jako książkę czytaną dla rozrywki, czy do poduszki – może okazać się zbyt monotonna. Osobom, które lubią odnajdywać w lekturze drugie dno, a idąc dalej – odważnym na tyle, by skoczyć w jego otchłań- gorąco polecam. Jestem przekonana, że zapadnie w pamięć na długi czas.

Książkę można za darmo, legalnie pobrać tutaj w formie e-booka. Jednak, jako że jestem przeciwniczką książek elektronicznych, szczerze zachęcam do kupna "papierowej" wersji. Przecież szelest kartek i ten specyficzny zapach woluminu to nieodłączny element czytania...

wtorek, 26 lipca 2011

2. "Dorian Gray" Oliver Parker


Tytuł: Dorian Gray
Reżyseria: Oliver Parker
Scenariusz: Toby Finlay
Gatunek: dramat, thriller, fantasy
Premiera: 1 października 2010 (Polska), 9 września 2009 (Świat)
Ocena: 6/10



Portret Doriana Gray’a to powieść irlandzkiego pisarza, Oscara Wilde’a wydana w 1891 roku. Na przestrzeni lat powstało mnóstwo nawiązań do tego dzieła, a uniwersalizm bohatera i motywu przewodniego był trzonem wielu adaptacji. Swoich sił w ukazaniu historii pięknego młodzieńca spróbował też Oliver Parker, reżyser między innymi szekspirowskiego Otella.

Młody Dorian (Ben Barnes) przybywa do Londynu, by objąć spadek po swoim dziadku. Na początku trudno jest temu nieśmiałemu i delikatnemu chłopcu odnaleźć się wśród angielskiej elity. Poznaje on wrażliwego malarza Basila Hallwarda (Ben Chaplin), który oczarowany urodą mężczyzny postanawia utrwalić ją na obrazie. Nawiązuje również znajomość z cynicznym lordem Henry’m Wotton’em (Collin Firth), osobą o dość niecodziennych poglądach. Za jego namowami młodzieniec podąża za, coraz to nowymi uciechami, by skończyć w podrzędnych spelunach, burdelach i palarniach opium. Pochopnie wypowiedziane życzenie sprawia, że wszelkie grzechy i występki, a także sam czas będą odbijały się nie na obliczu Doriana, lecz na jego portrecie. Od tego momentu obserwujemy powolne, acz nieuchronne staczanie się mężczyzny na moralne dno.

Gra aktorska stoi na przyzwoitym poziomie. Odtwórca głównej roli – Ben Barnes świetnie pasuje do odegrania delikatnego i nieśmiałego młodzieńca, którym na początku był Gray. Jego piękno urzeka, a niewinność przekonuje, lecz nie zapominajmy, że kluczową dla tej pozycji jest dwoistość natury bohatera. Niestety nie udało mu się zagrać zepsutego i pozbawionego skrupułów potwora, którym stał się Dorian. Collin Firth natomiast, znany głównie z ról w komediach romantycznych, jako dystyngowany lord, a zarazem podżegacz do złego, spisał się znakomicie.

Na pochwałę zasługuje świetna scenografia. Twórcom w pełni udało się oddać niesamowity klimat panujący w dziewiętnastowiecznym Londynie. Wiecznie pochmurne niebo, zatęchłe, zacienione uliczki, wałęsające się po nich zagubione dusze, świetnie kontrastują z pełnymi przepychu strojami i wystawnym życiem angielskiej arystokracji. Mankamentem tego mrocznego obrazu jest portret Doriana, dziwne dźwięki jakie wydaje przypominają odgłosy zombie, czy innej maszkary w podrzędnym horrorze, które miast straszyć- bawią. Zabrakło tu pewnej dozy tajemniczości i niepokoju.

Pierwsze wydanie dzieła Oscara Wilde’a spotkało się  z falą krytyki i zostało okrzyknięte mianem skandalizującego i niemoralnego przez pławienie się bohatera w hedonizmie i licznych aluzjach do homoseksualizmu. W XXI wieku, dobie nowoczesności i tolerancji żadna z tych rzeczy nie gorszy, więc wydawałoby się, że reżyser będzie miał pole do popisu. Niestety nie zostało ono należycie wykorzystane. Co prawda obecne są sceny seksu, erotyzm, narkotyzacja, a także krew i zbrodnia, jednak na dorosłym widzu nie robią one wrażenia.  Działania, które doprowadziły Doriana do moralnego upadku i oszpeciły jego duszę powinny być odrażające i brudne, tu są przedstawione ”ładnie” i „czysto”, co sprawia, że nie przekonują.

Film pozbawiony jest moralizatorstwa, choć oczywiście można z niego wyciągnąć pewne wnioski. Widzimy tu przecież młodego, pięknego i dobrego mężczyznę, który w pogoni za uciechami doczesnymi stacza się coraz niżej, by osiągnąć dramatyczny koniec. Jednak, niestety nawet podsumowanie nie zaskakuje. Od początku można się spodziewać, w jaki sposób historia się dopełni i w rzeczy samej tak jest.

Parkerowski Dorian Gray arcydziełem kinematografii nie jest. Brakuje tu pasji i tego czegoś, co sprawia, że fabułę śledzi się z zapartym tchem, a rozterki bohaterów stają się, poniekąd, naszymi. Niestety twórcom nie udało się w pełni wykorzystać możliwości, jakie dał im pierwowzór, przez co miast ponadczasowej opowieści mamy tylko dobre kino rozrywkowe. Jednakże polecam zapoznać się z obrazem – z pewnością nie znudzi, a być może zachęci do zapoznania się z dziełem Oscara Wilde’a, do czego, z czystym sumieniem, namawiam.

Oficjalny trailer filmu: